W filmowej kawiarni ukrywało się wiele osób poszukiwanych przez Gestapo czy Kripo. Między innymi znalazł tu na razie bezpieczny azyl dziennikarz Czesław Ostańkowicz, który podczas oblężenia Warszawy redagował „Gazetę Oblężniczą”, będąc oficerem Brygady Obrony Warszawy. Po zajęciu stolicy […] redagował podziemny „Biuletyn”. Kolporterami „Biuletynu” byli: [Zbigniew] Sawan, [Stanisława] Wysocka, [Adolf] Dymsza, [Jerzy] Pichelski, [Irena] Malkiewicz-Domańska.
Roman Dziewoński, DODEK Dymsza, Wydawnictwo LTW, Dziekanów Leśny 2010.
[Adolf] Dymsza, [Franciszek] Brodniewicz, [Jerzy] Pichelski i [Zbigniew] Sawan żywo uwiją się przy stolikach. Genio [Eugeniusz] Koszutski, tancerz znany prawie od lat 40, pełni funkcję pikolaka, a popularny aktor St. [Stanisław] Grolicki z pietyzmem sprząta naczynia. „Sprzątacz pedant“ – oto jego tytuł służbowy.
[Heleny] Grossówny, Lidii Wysockiej i [Ireny] Malkiewicz-Domańskiej jakoś nie widać, może są jeszcze na mieście?
– Uwaga! Obserwatorium astronomiczne, czwarta – nastawiać zegary! – wrzeszczy Dymsza.
Okazało się, że to właśnie przybyły dwie starsze panie, przychodzące tu codziennie punktualnie o godzinie 4-tej po południu.
– Te panie to nasz chronometr – mówi, witając się z nami Brodniewicz. – Pikolo! papierosy dla gościa – woła Dymsza na starego Koszuta z siwą brodą i zamaszystymi wąsami.
„Nowy Kurier Warszawski” nr 52 z 9-10 grudnia 1939
– Może mi pan powie, jak się podobają publiczności kelnerzy?
– Z przyjemnością. Najbardziej lubiany i najenergiczniejszy jest oczywiście Karabin Maszynowy (Dymsza), potem Kelner Dystyngowany (Pichelski), Lord Kelner (Sawan) i Starszy Pan (Brodniewicz).
Niebawem jednak pojawiła się i p. Malkiewicz-Domańska.
Podchodzimy do tej uroczej artystki, witamy się serdecznie, a po paru grzecznościowych słowach rozmowa wchodzi na właściwe tory.
– Na ogół pracuję z przyjemnością – zwierza się p. Domańska. – Być może, że jest tego powodem nadzwyczaj bezpośrednie i serdeczne ustosunkowanie się publiczności. W pierwszym tygodniu nóżki były trochę nieszczęśliwe, ale teraz jakoś się przyzwyczaiły. Dotychczas moją achillesową piętą był rachunek, ale obecnie tak doskonale liczę, że już nawet mąż mnie nie poznaje. Bardzo rzadko się zdarza, abym się omyliła, chyba że się czasem omylę o 6 zł. Ale przepraszam na chwilę, gość chce płacić. Przyślę panu Dodka.
„Nowy Kurier Warszawski” nr 52 z 9-10 grudnia 1939