adres: Stanisława Moniuszki 10, Warszawa, Polska
data otwarcia: 08 października 1939
Profil artystyczny Adria była jednym z najbardziej luksusowych lokali Warszawy, gdzie poziom muzyczny wyznaczały standardy europejskie. Przed przejęciem przez Niemców była oknem Warszawy na zachodni jazz i muzykę rozrywkową najwyższej klasy.
Artyści i repertuar Występowała tu orkiestra Tadeusza Kwiecińskiego, a w 1942 roku przez dwa miesiące grała czeska orkiestra Bobka Bryana. Gwiazdą był perkusista i saksofonista Charles Bovery, który imponował polskim muzykom autentycznym zachodnim swingiem – standardem niedostępnym dla większości krajowych wykonawców. Grywano tu m.in. nagrodzone w konkursach Błękitne bolero.
Klimat i grupa docelowa Adria przyciągała najzamożniejszą i najbardziej kosmopolityczną publiczność Warszawy. Jej luksusowy charakter i europejskie standardy czyniły ją miejscem wyjątkowym na tle innych lokali. Z czasem lokal stał się dostępny wyłącznie dla Niemców, co zakończyło jego etap jako centrum polskiego jazzu.
Unikalne cechy Adria była jedynym lokalem, gdzie regularne kontrakty realizowali zagraniczni muzycy (czeska orkiestra Bryana), co czyniło z niej prawdziwe okno na zachodnią kulturę muzyczną. Autentyczność swingu Charlesa Avery’ego stanowiła dla polskich muzyków żywy wzorzec, niedostępny w żadnym innym miejscu.
związani artyści
wydarzenia
wspomnienia
Tego samego wieczoru, po wielu wykrętach, postanowiłem udać się do sławnego lokalu „Adria”, alfy i omegi rozrywek nocnych w przedwojennej Warszawie. Obecnie była ona zarezerwowana dla Niemców; cudzoziemcy byli tam źle widziani i zaledwie tolerowani. Chciałem zobaczyć, jak bawią się Niemcy, wtedy gdy Polacy zmuszeni byli z powodu godziny policyjnej pozostawać w domu. Wielka sala była wypełniona po brzegi. Oficerowie, żołnierze siedzieli przy wspólnym stole, pijąc wino. Koło nich siedziało kilka brzydkich i niezgrabnych Niemek i kilka Blitzmädel [niem. 'przeklęta dziewczyna’] w fioletowych pończochach. Żołnierze, jak się wydawało, bawili się świetnie i klaskali w ręce w odpowiedzi na głupie dowcipy konferansjera przybyłego z Monachium. Pożądliwie spoglądali na niefidiaszowskie, ale za to dobrze odsłonięte kształty tancerki produkującej się w Bolero Ravela. Kelnerzy uwijali się, roznosząc naczynia, flaszki wina, wermutu, szklanki mięty i kufle piwa.
Alceo Valcini, Golgota Warszawy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973.
Znalazłem stolik w pobliżu drzwi wejściowych i nie wiem, czy nie był to życzliwy uśmiech przeznaczenia. W czasie gdy piruety tancerki przyciągały uwagę publiczności, w środku sali, gdzie dawano program, usłyszałem strzał – najpierw jeden, potem drugi, trzeci, czwarty, piąty… O parę kroków ode mnie, po prawej stronie zrobił się zgiełk. Przewracano stoły, naczynia, stołki, butelki. Wycie i krzyki. Po kilku minutach grupa żołnierzy poruszonych do ostatnich granic utorowała sobie przejście wśród tłumu, krzycząc: „Zamach!”. I trzymając rewolwery w ręku. Wysoki młodzieniec z twarzą zbroczoną krwią padł na ziemię, gdy rzucono w niego kilkoma krzesłami. To polski zamachowiec, patriota; zabił on w ciągu paru sekund dwóch oficerów i dwóch żołnierzy, strzelając zza marmurowej kolumny w kierunku centralnie ustawionego stołu, przy którym zazwyczaj zajmowały miejsca osobistości niemieckie. Był to rozpaczliwy gest Polaka dopiero co wypuszczonego na wolność, który w czasie długich miesięcy pobytu w obozie koncentracyjnym doprowadzony został do ostatniego stadium gruźlicy. Miesiące jego były policzone. Ułożył sobie plan zemsty i chciał dać w „Adrii” nieprzewidziany w programie numer specjalny. Niemcy rzucili się na niego i zmasakrowali, bijąc flaszkami i stołkami. Przy mnie wyzionął ducha, w swym brązowym ubraniu, za obszernym jak na gruźlika. Zmarł, gdy agent Gestapo usiłował wydobyć od niego jakąś tajemnicę.
Alceo Valcini, Golgota Warszawy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973.
Do westybulu tymczasem przyniesiono żołnierza lotnictwa, który miał mały otwór w skroni i zaledwie widoczną strużkę krwi. Leżał wyciągnięty przy drzwiach prowadzących do ubikacji, na posadzce, w butach z cholewami, w rozpiętej marynarce. Jego towarzysze przykryli mu twarz chusteczką. Także on był bez życia. Wyszedłem z „Adrii” nie ze wspomnieniem ładnych kobiet, tak jak za dobrych czasów przedwojennych, ale z wizją trupów zwalonych pod stół czy w pobliżu toalety.
Alceo Valcini, Golgota Warszawy, Wydawnictwo Literackie, Kraków 1973.